Nasz dom

Rzeźbione ościeżnice czyli pot, krew i łzy

To był drugi (zaraz po cegle) element, który bardzo chciałam, żeby pozostał na swoim miejscu. Oczywiście docelowo oszlifowany, odmalowany, jednym słowem odnowiony, ale po prostu… musiał być. Dlaczego? Ponieważ takich rzeźbionych ościeżnic już się raczej nie spotyka. Wszędzie tylko ta nowoczesność i ta prostota… i wszystko takie minimalistyczne musi być, czyste i gładkie. Ja się uparłam, na przekór chyba wszystkim, no i miałam, tytułowy pot, krew i prawie łzy.

Moja decyzja

Przyznam, że po fatalnych początkach z cegłą, przeczytasz o nich tutaj: cegła nie taka piękna a drewno wcale nie pachnie i koniecznej rezygnacji ze starej podłogi, każdy kolejny pomysł mający cokolwiek wspólnego z odnawianiem przyjmuję już z dość dużym dystansem. Porządnie się nad takim zastanawiam czy jest wart mojego czasu i energii. Czy posiada jakikolwiek potencjał, aby go bez wątpliwości realizować. W tym przypadku jednak takich rozterek zupełnie nie miałam. Wiedziałam, że wchodzę w to, bez względu na konsekwencje. Bardzo chciałam podjąć to wyzwanie i spróbować powalczyć o TEN właśnie kawałek historii w naszym wnętrzu. 

Mój sposób

Metod na renowację rzeźbionych ościeżnic jest pewnie sporo, ja znam tylko kilka. Od opalania opalarką, przez szlifowanie po preparaty do usuwania starych powłok malarskich kończąc. Jako że nie byłam i nadal nie jestem w tej dziedzinie znawczynią, nie analizowałam szczegółowo każdego ze sposobów. Zdecydowałam o wyborze trzeciego, gdyż wydawał mi się po prostu najszybszy, dość łatwy dla laika i w miarę bezproblemowy (cokolwiek miałoby to w praktyce oznaczać) 

Do dzieła!

Zakupiliśmy jeden z silniejszych preparatów do „zdejmowania starych powłok malarskich”. Taki dokładnie napis widniał na etykiecie opakowania. Dość spory wybór takich produktów znaleźliśmy w popularnym w markecie budowlanym. Biorąc pod uwagę, iż warstw farby nałożonych na drewniane wykończenie drzwi okazało się być aż 3! To była dobra decyzja! Zaskoczył mnie jedynie fakt, że po nałożeniu preparatu złuszczała się jedynie jedna warstwa farby. To było dość dołujące, zwłaszcza że spod spodu wyłaniał się kolejny kolor farby, a nie wyczekiwane przeze mnie drewno. Nie trudno się więc domyśleć, że ilość substancji, jaką ostatecznie zużyłam na dwie pary ościeżnic, mocno przekraczała (o dobrych kilka puszek!) ilość, którą na początku zakładałam. 

Wykończenie

Nareszcie! Doskrobałam się w końcu do surowego drewna. Ile zajął mi ten proces? Długo… naprawdę długo. Zniecierpliwienie męża sięgało już niebezpiecznej granicy, a rodzina zaczęła tracić nadzieję, że kiedykolwiek zakończę to przedsięwzięcie. W końcu jednak, ku uciesze wszystkich, zamknęłam etap chemikaliów i przeszłam do odpalenia szlifierki. Mimo początkowych prób użycia domowej szlifierki  tzw. niewielkiego „żelazka” dużo bardziej sprawdziła się zdecydowanie mocniejsza maszyna-szlifierka taśmowa. Do płaskich elementów była idealna. Praca z nią była bardzo efektywna i szybka.

I oczywiście problemy

Owszem, drobne problemy były na każdym etapie prac, ale najwięcej ich pojawiło się przy żłobieniach. To, co w całych ościeżnicach było najpiękniejsze i nadawało im wyjątkowo rustykalnego charakteru, było chyba największym dla mnie wyzwaniem. Wszystkie te wklęsłości i wypukłości, które nadawały im tego niepowtarzalnego charakteru…

Jakiej metody użyć?

Czym je wyszlifować, nie uszkadzając ich kształtu?

Jak w te wąskie rowki się dostać?

Testowałam wiele różnych pomysłów. Był papier ścierny, skrobaki do drewna, dłuta wszelakiego rodzaju… niestety żadne narzędzie się nie sprawdziło. Trafiłam ostatecznie na mini szlifierkę i to był strzał w dziesiątkę. Dołączone do zestawu niewielkie wymienne końcówki o różnych kształtach i średnicach wyszlifowały dosłownie każdy rowek i najmniejszą szczelinę. Na naprawdę długi czas zamieniłam się w rzeźbiarza, dopieszczając niemalże swoje dzieło życia. Mowy nie było o żadnej fuszerce. Rozwiązania typu: „żeby tylko było” lub „i tak nikt nie zauważy, że nie jest perfekcyjnie” były nie do zaakceptowania. W moim odczuciu miało być idealnie i oczywiście tylko ja wiedziałam, kiedy ta chwila nastanie. Ostatecznie ta moja wypracowana w pocie i łzach perfekcja trwała… przyznaję, dobrych kilka miesięcy?!

Przyjemny finał

Po zakończeniu szlifowania, każda kolejna aktywność związana z ościeżnicami była już dla mnie czystą przyjemnością. Co więc jeszcze zostało do zrobienia?
-szpachlowanie ubytków, pojedynczych pęknięć i dziurek po kornikach.
-malowanie na biało
Tutaj jednak nie będę się rozpisywać. Zamieszczam zdjęcia, niech one same dopowiedzą finał tej momentami dramatycznej historii.

Dziesiątki godzin spędzonych w oparach chemikaliów, wszechobecnego pyłu i na mozolnym dopieszczaniu kawałka drewna… Czy się opłaciło? Myślę, że zdecydowanie tak! Codziennie, bez grama wstydu przechodzę przez dopieszczone, gładkie i bielutkie przejście. Mam w domu kawałek naprawdę dobrej historii, która cieszy oko i szczerze mnie zadowala.

A Wy, co sądzicie o metamorfozie? Jestem ciekawa czy odnawialiście kiedyś takie rzeźbione elementy? A może stosowaliście inną metodę, o której nie wiedziałam? 

 

4
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
MartaViola S.Malwina Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Malwina
Gość
Malwina

Jest pięknie!

Viola S.
Gość

Kiedyś zabralam sie 3 pary drzwi w rodzinnym mieszkaniu w starym popruskim ceglanym budynku.. uh ilosc warstw farby byla nie do zliczenia! Opalarka plus spachelka i kilkanaście dni roboty we dwójkę. Efekt nie do konca zadowalający. Rodzice zdecydowali sie pozostawic drzwi bez malowania… moze kiedyś jeszcze ktoś się na nich skupi. Podziwiam za zapał! Pozdrawiam!

Back To Top